
Jak co roku, reprezentacja naszej lisiej ekipy stanęła na starcie 48 Maratonu Warszawskiego. Nasi zawodnicy Mariusz Kucharczyk oraz Piotr Taperek (debiutant) od miesięcy przygotowywali się mentalnie i fizycznie do pokonania królewskiego dystansu w rekordowym dla siebie czasie. Setki wybieganych kilometrów, godziny spędzone na treningach uzupełniających oraz liczne scenariusze w głowie jak wykonać plan towarzyszyły im przez cały proces.
Przy okazji Maratonu rozgrywany jest również bieg na 10 km – Warszawska Dycha. W tym roku 4 naszych zawodników wzięło udział w tym biegu – Edyta Kucharczyk, Michał Brodowski, Łukasz Ostaszewski, Jacek Bryśkiewicz. Bieg na dychę jest dobrą okazją do tego, aby przy okazji dopingowania głównych aktorów tego dnia czyli Maratończyków, wykonać własny wysiłek i spróbować osiągnąć dobry czas w zawodach.
Punktualnie 8:40 zaczęła się rozgrzewka dla ponad prawie 11000 biegaczy, która obudziła ducha walki, rozruszała mięśnia i podniosła temperaturę emocji. Tuż przed 9:00, po przybiciu sobie piątki i życzeniach powodzenia, każdy zawodnik z uśmiechem, lekkim stresem, ale w pełnej gotowości zajął swoje strefy czasowe. Wybiła 9:00, start.
Wyniki i wrażenia naszych maratończyków:
Mariusz Kucharczyk – 3:27:29



Piotrek i ja podejmowaliśmy dystans maratoński 42,195m – dla Piotrka był to debiut na tym dystansie. Edyta, Łukasz, Michał i Jacek podejmowali dystans 10 km.
Na miejsce dotarliśmy dość szybko już przed 7:30 zaparkowaliśmy w rejonie startu na Placu Grzybowskim. I ruszyliśmy w miasteczko biegowe gdzie już całkiem sporo zawodników zaczynało się kręcić w rejonie startu. W niedługim czasie dołączyli do nas chłopaki i już w całym składzie biegowym lidera zaczęliśmy się powoli z Piotrkiem przygotowywać do naszego startu. Start dystansu maratońskiego zaplanowany był na 9:00. Krótkie rozgrzewkowe roztruchanie jakaś szybka gimnastyka w kolejce do sanitariatów i praktycznie musimy kierować się do swoich stref startowych. Jeszcze spotykamy naszych kibiców LIDERA, a zarazem zawodników na dystans 10 km, oni starują o 10:00 więc mogą nam kibicować przy starcie. Przed samym startem tradycyjnie organizatorzy odpalili HYMN O WARSZAWIE odliczanie i ruszamy.
Plan w głowie był na próbę powalczenia z życiówką z zeszłego roku – wystartowałem w sekcji z pacemakerem na czas 3:15 minut. Początek trasy rozpoczął się trochę z górki więc pierwsze kilometry trochę niosły. Samopoczucie dobre, noga podaje więc się biegnie. Pacemaker trochę zaczął szarpać tempem biegu wiec postanowiłem biec swoje jak mi się wydawało równym tempem. Do 12 km biegłem obserwując przed sobą chorągiew pacmakera który biegł na czas 3:10, tak żeby utrzymywać w miarę równy dystans do niego. Nie kontrolowałem tempa na zegarku. Dopiero po 12 km, zacząłem sprawdzać tempo i dotarło do mnie że przesadzam z prędkością, zwolniłem do zakładanego przed biegiem tempa i jakoś tak coś zaczęło pomalutku się sypać. Tu coś zaczęło ciągnąć w nodze, tu biodro się zaczęło odzywać i tak krok po kroku głowa przestawała pracować jak należy. Jeszcze do 25 km całkiem fajnie się biegło pomimo tych różnych pojawiających się dolegliwości – ale to przecież maraton, tak jest zawsze. Rozplanowane spożywanie żeli działało, ale coś finalnie pękło po 25km, jakieś bezpieczniki się odpaliły i nie mogłem w żaden sposób biec zakładanym tempem. Oddech w miarę spokojny nic nie bolało czego nie dałoby się normalnie wytrzymać, a nogi przestały podawać – nawet o jakieś chwilowe szarpnięcie było trudno. Z każdym przebiegniętym kilometrem tylko kalkulowanie ile jeszcze i jak to może wyglądać finalnie na mecie, nie zauważyłem kiedy minął mnie pacemaker z którym startowałem na czas 3:15, na 34 kilometrze wyprzedził mnie pacmaker biegnący na czas 3:20 – nawet nie miałem jak szarpnąć żeby się za nim trochę poholować, masakra. W okolicach 38 km tak samo szybko przemknął przy mnie pacmaker biegnący na czas 3:25 – no cóż trzeba uczyć się pokory na każdej płaszczyźnie czasami tak po prostu jest. A może to po prostu przestrzeliłem się na początku, a teraz są tego efekty. Na 40 km jeden z wyprzedzających zawodników przebiegając zsolidaryzował się że biegnie za mną od 10km i też się męczy, ale pobiegł tę końcówkę szybciej. Ja nie mogłem niestety i co ciekawe nie czułem się jakoś zajechany, ale nogi po prostu nie chciały ze mną współpracować – jakbym biegł na jakimś nastawionym tempomacie tylko z ograniczoną prędkością, nie szło przeskoczyć. Tuż przed samą matą jakieś 400 – 500 m przywitał mnie kibicujący Michał, a na samej końcówce Edyta i Jacek. Niestety mój tempomat nie pozwolił nawet na jakiś krótki finisz po prostu wbiegłem na metę. Nawet nie musiałem jakoś specjalnie dochodzić do siebie oddechowo, wiadomo nogi bolą, żołądek trochę ściśnięty ale oddechowo ok. Finalnie bieg ukończyłem w czasie 3:27:29 – wynik zadowalający, oczywiście plan był inny, ale czasami tak bywa.
Myślę że jeszcze będzie okazja zrewidować swoją życiówkę maratońską – Warszawo do następnego razu.
Mariusz Kucharczyk
Piotr Taperek – 3:31:51



Bieganie ma sens jeśli obierzesz sobie cel. W grudniu 2025r. postanowiłem ,że przebiegnę maraton. Padło na Warszawę i 48 Maraton Warszawski. Zapisałem się i opłaciłem od razu pakiet ,żeby motywacja pozostała. Z początkiem 2026r. pomysł chwilowo został uśpiony, żeby wrócić na początku czerwca, kiedy trener napisał, że czas powoli zacząć przygotowania do maratonu. Zaczęliśmy wdrażać powoli plan treningowy zupełnie inny jak na dystans 5, czy 10km. Powoli zwiększała się objętość treningowa. Do planu dochodziły kolejne nowe treningi jak znienawidzone trzy, pięcio, a nawet sześcio-kilometrówki w drugim zakresie. Niedzielne wybiegania ze zmiennym tempem. Zacząłem zauważać ,że trening przynosi efekty. Po mimo zwiększania tygodniowego dystansu ,zaczynało mi to sprawiać frajdę. Połowa września to już finisz treningów. Ostatni tydzień pozostał na regenerację i ładowanie węglowodanów. Bułka, dżem ,miód , banan, ryż i kurczak nie prędko pojawią się w moim menu.
Nastał w końcu dzień maratonu. 27. 09.2026r zapowiadał się niemal idealnie. Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z Edytą i Mariuszem na Warszawę. W międzyczasie dołączyli do Nas Łukasz , Michał i Jacek. Cała czwórka w tym dniu miała plan bić rekordy na dystansie 10km., ale relację pozostawiam już im. Na miejscu szybki rekonesans, wymiana zdań i trzeba było szykować się na rozgrzewkę do maratonu. Razem z Mariuszem ruszyliśmy ulicami Warszawy ,żeby dogrzać organizm wykonać kilka ćwiczeń. Po powrocie szybka toaleta zbicie piątek, życzenie powodzenia i każdy z Nas udał się do swoich stref czasowych , w które celował. Mój plan był złamać 3 godz. 30min. Ustawiłem się wiec w tej strefie. Przed biegiem nie mogło zabraknąć nieoficjalnego hymnu biegaczy , czyli „Sen o Warszawie” Czesława Niemena . Potem tylko odliczanie i ruszamy. Pierwsze kilometry mijają bardzo gładko, jednak jak to zwykle bywa za szybko nie tak jak trener sugerował. Mija 5, 10, 15 kilometr. W końcu dobiegamy do 21 kilometra i tu w moim przypadku zaczyna się zabawa. W głowie zaczynają się myśli ,że to dopiero połowa. Żeby nie myśleć o kilometrach skupiam się na wszystkim dookoła. Biegaczu , który klapie butami jak kaczka, malowniczej trasie , biegaczach którzy dyskutują nt. finału Mistrzostw Europy w siatkówce. Tak mija czas do 29 kilometra. Delikatnie zwolniłem , ale jest dobrze. Za chwilę znów rozkmina w głowie, czy po 30 km nadejdzie tzw. ściana. Mija 30, 31, 32 kilometr jest ok. Mijam chorągiewkę z 33 kilometrem i czuję ,że „ duracelle” się wyczerpują. Nogi jak zabetonowane. Próbuję jakoś z tego wybrnąć . Sięgam do kieszeni po ostatni żel. Tłumaczę sobie ,że zostało już mniej niż 10km do mety, nie ma opcji się teraz poddać. Patrzę na zegarek bo czuję ,że stoję w miejscu. Tempo spada do 5:30, ale biegnę. Po 41 kilometrze zmuszam się do przyśpieszenia. Na ostatnich 700-800 metrach podbiega do mnie kolega Michał Brodowski. Mobilizuje do mocniejszego zrywu. Wyprzedzamy kolejnych biegaczy. Sto metrów przed metą zostaję sam .Czuję ,że ściemnia mi się w oczach. Wbiegam w końcu na metę . Nogi jak z waty . Wolnym krokiem podążam za innymi. Odbieram symboliczny medal i dociera do mnie ,że to koniec. Zrobiłem to.
Czy było warto? .Tak. Czy zrobię to jeszcze raz?. Myślę ,że nie jeden. Czy bolało? Nie ma opcji żeby nie bolało. Mim subiektywnym zdaniem ,jeśli komuś z Was po przeczytaniu tych doznań zakiełkuje z tyłu głowy myśl, że może bym pobiegł(a) nie zastanawiajcie się ani chwili.
Piotr Taperek
Wyniki naszych zawodników Warszawska Dycha:

Trasa na dziesięć kilometrów okazałą się zbyt zaskakująca dla naszych zawodników i tak Michał Łukasz i Jacek nie byli zadowoleni ze startu, druga połowa biegu to trudna przeprawa
48 Maraton Warszawski okazał się bardzo ciekawym doświadczeniem dla naszych zawodników. Piotr jako Debiutant mógł pierwszy raz poczuć na własnej skórze jak jak boli maraton, ale jednocześnie ile przynosi radości i satysfakcji. Poznał całą magię Maratonu i jak już napisał nie jest to jego ostatnie słowo bo Maraton przyciąga jak solidny magnez. Z kolei Mariusz będąc już mocno doświadczonym Maratończykiem otrzymał jak sam napisał lekcje pokory. Bo Maraton to jest bardzo trudna konkurencja i czasami doskonały okres p
47 Maraton Warszawski okazał się dla reprezentacji Lider Winnica bardzo owocny. Każdy z zawodników osiągnął swój osobisty rekord życiowy na dystansie królewskim oraz pierwszy raz w barwach klubu pobiegła kobieta. Choć zmęczenie było ogromne i ból jednak nieco dokuczył, już planujemy kolejne wspólne starty w maratonie. Bo sukces napędza, a apetyt na rekordy rośnie.
Dziękujemy naszym kibickom za piękne powitanie, Prezesowi za support na trasie, sponsorom za transport oraz naszym bliskim za wyrozumiałość i wsparcie w naszych sportowych wyzwaniach.
Za rok wracamy w większym składzie i po kolejne rekordy.
Relacja filmowa:
Galeria:



















Serdecznie podziękowania dla naszych partnerów, dzięki którym możemy realizować nasze sportowe zmagania:

