A więc od początku, wstaje rano jem kanapkę z serkiem PRESIDENT i miodem, taka już tradycja przed startem. Czekam na Marcina jest jak zwykle punktualny, a nawet 5 min przed pakuje się do auta i lecimy po Prezesa, Cyrkielka i naszą koleżankę Danusię jesteśmy umówieni w Pułtusku, mamy sporo czasu na dojazd itp. Niestety zmiana czasu z zimowego na letni krzyżuje nam troszkę szyki, wiadomo coś nie pykło, zegarki nie zadzwoniły i z małym poślizgiem ruszamy z Pułtuska. Warszawa wita nas słońcem, wtedy tak wyczekiwanym. Nie udało nam się spotkać na miejscu z Rafałem i Pawłem troszkę szkoda. Przebieramy się, rozgrzewamy i ruszamy na start. Rozstajemy się z Marcinem B., bo leci szybciej na dzień dzisiejszy nie nasza liga (-; przybijamy LISIE PIONY i rozchodzimy się, ja Marcin K. Paweł i Danusia stoimy razem, atmosfera jak zwykle super, kibicującą nam piękne stewardesy linii lotniczych LOT, super muzyka i pogoda… czego chcieć więcej. Więc start, biegniemy na początku razem ,gdzieś do 5km Marcin i Paweł mi uciekają zgodnie z założeniami. Ja biegnę z Danusią – naszą zaprzyjaźnioną koleżanką z Pułtuska po jej rekord życiowy. Wszystko idzie zgodnie z planem tempo 4:50-4:55, na trasie mnóstwo kibiców na początku dużo ludzi rwie za szybko my lecimy swoje i od 12-13km zaczynamy wyprzedzać. Dostarczam Danusi banany, wodę , izo, żeby nie musiała się przepychać i marnować sił wszystko idzie super ja, lecę na swoje 1:45, a nawet troszkę szybciej bo widzę, że Danusia ma siłę. Aż do 15 km kiedy zaczęło boleć mnie brzucho… niestety z tym nie wygrasz musiałem zwolnic i zaliczyć toaletę, powiedziałem Danusi żeby leciała już ile ma sił w nogach, że da radę i spotkamy się na mecie. Wracam do gry, patrzę na zegarek – nie jest źle, 1:45 jest do zrobienia. Lecę w miarę luźno, zbijam piątki z dziećmi dużo się uśmiecham noga idzie. Wbiegam do tunelu w nim orkiestra symfoniczna, niestety w tym roku mało liczna. Wybiegam z tunelu i pachnie już metą, bo pozostał zaledwie 1km. Im bliżej mety tym więcej kibiców i fajniej tak się tym wszystkim zachwyciłem że zapomniałem o swoim celu. Patrzę na zegarek i widzę, że jestem na granicy przez ten toi toi, więc przyspieszam i melduję się na mecie z czasem 1:44:51. Na mecie meda,l folia termiczna jakiś słodki shake, banan, woda, pomidorowa i co fajne i coraz częstsze na biegach piwo bezalkoholowe, które po takim wysiłku okazuje się najpyszniejszym piwem na świecie zwłaszcza że wypite w wspaniałym towarzystwie z kolegami z Lidera. Podsumowując bieg bardzo udany i ciekawy, zapewne wrócimy za rok. Dodam jeszcze serdeczne podziękowania dla naszego sponsora Zakładu Mleczarskiego w Winnicy, dzięki któremu ten wyjazd się odbył, to wspaniale że tak nas wspieracie Lisia Piona dla Pani Barbary Rudnik i wszystkich którzy są z nami.

Wyniki:
– Marcin Banaszkiewicz 1:28:21
– Paweł Wiśniewski 1:36:54
– Marcin Kozłowski 1:42:00
– Artur Kopka 1:44:51
– Paweł Krawczyk 1:51:28
– Rafał Darkowski 1:53:48
– Koleżanka Danuta Ciszewska 1:42:20

  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *