„Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw?
– Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek:
nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się co dzień.”

George Bernard Shaw

Zacznę od tego, że pomimo zaplanowanej relacji, zacząłem pisać ją późno. Chciałem odczekać czas, kiedy temat był dość gorący, organizm zmęczony, odczucia dotyczące miejsc zakłócone i napisać relację z wyprawy życia jak najbardziej szczerze.

Po ukończonej wyprawie do Rzymu w 2015 roku nie czułem się spełniony i od razu wraz z Dawidem zaczęliśmy poczynać kolejny plan. Nie trzeba było się długo zastanawiać gdzie – lubimy upały i chcemy zrobić jeszcze więcej, więc Hiszpania… Ale gdy Hiszpania to czemu nie Portugalia, czyli Cabo da Roca i idealny cel pielgrzymkowy – Fatima.

Nadszedł 10.07, czyli dzień startu naszej wyprawy. Już pierwszego dnia przekroczyliśmy granicę Czech i w ciągu trzech dni spaliśmy w takich miejscowościach jak: Vojkovice, Nowy Jicin, Uderskie Hradiste. Moje przygotowania formy do wyprawy rowerowej nie były zbyt mocne, a wynikało to z rosnącego wypalenia w tej dziedzinie sportu oraz świadomości, że mięśnie posiadają formę fundamentalną, która wraca po kilku dniach. Najważniejsza więc na takich wyprawach jest psychika, a została ona sprawdzona już w początkowej fazie wyprawy…

Pierwszego dnia nie zastaliśmy żadnego księdza, dostaliśmy miejsce na namiot pod dziurawą altanką i całą noc była burza, aż do południa, co nastrajało średnio na najbliższe dwa miesiące wysiłku. Następne dni były już bardziej szczęśliwe, gdyż dostaliśmy nocleg kolejno w salce sportowej i na plebanii. W 2015 roku stale mieliśmy śniadania, kolacje, gościnność. Tutaj bardzo często byliśmy zdani wyłącznie na siebie.

Następnym krajem była Austria, gdzie w ciągu ośmiu dni spaliśmy w takich miejscowościach jak: Mistelbach, Tulln, YBBS, Walls, Salzburg, Bad Hofgastein, Mistatt. Przyznam, że zarówno w tym jak i w 2015 roku bardzo zachwycił mnie wjazd do Austrii. Z jazdy przy rzece, lesie i zazwyczaj deszczowej aurze, krajobraz po przejechaniu granicy staje się bardzo otwarty, uporządkowany, a wiele za sprawą świetnych dróg rowerowych Euro Velo.

Trochę obawiałem się Austrii, bo w tym roku ułożyliśmy trasę przez Alpy, więc jazda w tym kraju się wydłużyła, teren był ciężki, pogoda nieprzewidywalna, a naszym jedynym ratunkiem jest certyfikat pielgrzyma po niemiecku.

Niestety już drugiego dnia w Austrii wjechaliśmy do Wiednia i dalej trasa do Linz prowadziła przez drogę rowerową przy Dunaju, więc było deszczowo. Z wielkim trudem znajdowaliśmy noclegi, a pewnego dnia wykończeni i wystraszeni przeziębieniem dostaliśmy nocleg w YBBS i szczęśliwie udało nam się tam zostać dwie noce, czyniąc 16 lipca pierwszym dniem wolnym od jazdy.

Następnie obraliśmy kierunek na Salzburg i tam cały wysiłek został wynagrodzony – spaliśmy u braci w zakonie na wzgórzach miasta i jedliśmy przy tym samym stole, przy którym jadł Św. Jan Paweł II podczas wizyty w 1988 roku.

  

W Salzburgu na balkonie mieliśmy widok na przepiękne Alpy, w które wjechaliśmy następnego dnia. Alp chyba boi się każdy mimo wszystko… Mimo, że jechaliśmy drogą rowerową wyznaczoną głównie przy rzece, to jedna odmowa noclegu oznaczała kolejne 10km jazdy pod górę, a nam się to zdarzyło 4 razy podczas jednego etapu.

  

Smutne było zostawianie pięknych skał za sobą, ale jednak byłem szczęśliwy, przekraczając granicę Włoch.    W ciągu 9 dni spaliśmy w: Tarvisio, Udine, Salvatronda, Quinto nad Veroną, Peschiera del Garda, Chiari, Pavia, Genua, Albenga.

Ledwo zdążyliśmy opuścić Austrię i już na horyzoncie napotkaliśmy kolejne piękne białe skały i w takim otoczeniu spędziliśmy noc. Jednak ta noc była już inna niż wszystkie… Zacznijmy od tego, że pierwszy ksiądz po usłyszeniu „due pellegrini” machnął ręką i od razu dał nam nocleg to dodatkowo w mieście czuć było włoski klimat, więc wybraliśmy się też na przepyszną pizzę.

   

W mieście Udine pierwszy raz skorzystaliśmy z aplikacji WarmShowers, którą gorąco polecam przyszłym podróżnikom rowerowym. Włochy przez cały czas były dla mnie magią, jadąc przez Veronę, nad Jezioro Garda, lecz do momentu wjazdu do Mediolanu – pierwszego z czterech dużych miast, którymi się zawiodłem. Tak ogromne miasta nie oddają kultury kraju, nie są ani klimatyczne, ani piękne.

Zwiedziliśmy Mediolan i pojechaliśmy na nocleg do miasta Pavia, gdzie ponownie i ostatecznie czułem włoską kulturę (podczas miast noclegowych). Następnie zjechaliśmy do miasta Genua – drugiego z czterech wspomnianych miast, lecz po noclegu w nim pozostało tylko z samego rana zjechać na plażę… na wieczną plażę – tam już była turystyka i poza architekturą, do której się przyzwyczailiśmy było trochę włosko, trochę francusko, a trochę hiszpańsko.

O poranku z miasta, które wygląda jak fawela na faweli wjechaliśmy na wspomnianą plażę i od tego momentu nasza trasa prowadziła przy wybrzeżu – to co zazwyczaj opowiadam – z jednej strony skały, góry, a z drugiej barierka (albo nie) i morze.

Wystarczyło jeszcze tylko przejechać przez nasze miasto noclegowe Albenga, by dotrzeć do Francji. Ten etap wraz z przejazdem przez Monaco, Nicea i Cannes był niesamowicie piękny i widokowy. Gdybym pojechał jeszcze raz w te rejony, wziąłbym rower i przejechał tą trasę rowerową… Dodatkowo była to pierwsza styczność z plażami, właśnie tak pięknymi, które widzimy w ofertach wakacyjnych.

W Francji spaliśmy min. w takich miejscowościach, jak: Valbonne, La Londe, Marsylia. Na pierwszym noclegu spaliśmy u kolarzy, którzy przejeżdżali kiedyś przez Pułtusk.

Trasa do Marsylii była ponownie niezwykle widokowa, gdyż były to ciągłe podjazdy i zjazdy, a także wspinanie się po czerwonych skałach wystających w morzu. Najtrudniejsza była ostatnia góra przed Marsylią, gdyż wyjątkowo zaczął wiać nam wiatr (ogólnie kolarze przeprawiający się lazurowym wybrzeżem na Hiszpanię mają pod wiatr, my zazwyczaj wyjątkowo z wiatrem) i na zjeździe zdążyłem tylko wyjąć kamerę, żeby nagrać widoki. Po czym zobaczyłem straszny odsłonięty od skał zakręt 180 stopni, na którym dostałem mocny cios od wiatru i jakoś opanowałem rower. Za to w Marsylii udało nam się znaleźć fajny nocleg, pewna Pani na drugi dzień przed etapem przewiozła nas autem po całym mieście oraz weszliśmy na najwyższy punkt widokowy.

Następnymi miejscowościami noclegowymi były: Arles, Agde, Sigean. Na tym etapie podróży było już ciężej, gdyż zdobycie noclegu we Francji w kościołach jest niemożliwe, ze względu na ich brak, to ten etap był już bardziej bezludny, ale bardzo ekscytujący…

Jednego razu spaliśmy u farmerów przy końskiej zagrodzie, kolejnego przejeżdżaliśmy przez zamglony wał szutrowy, na którym z obu stron mijały nas łódki, raz zerwałem łańcuch tuż po wyjechaniu z prerii i szczęśliwie ktoś mógł mi pomóc, a najciekawszy nocleg był w Sigean…

Trasa ciągnęła się przez piękny suchy park narodowy – czasem używam słowa preria mniej dosłownie, lecz w Hiszpanii żarty się skończą… Tak więc chcemy zakończyć etap i właściwie nie było gdzie. Każdy drewniany domek, do którego pukaliśmy był pusty, lecz zauważyliśmy starszego Pana z dwoma dużymi psami, który po sloganach francuskich oznaczających „pielgrzymi, potrzebujemy noclegu”, machnął ręką i kazał iść za nim.

Starszy Pan zostawił nam duży obszar, po którym nas oprowadził, dał nam go do użytku i pojechał do domu. Rosły tam chyba wszystkie warzywa, a dodatkowo cytrusy i bazylia, więc spędziliśmy nocleg w namiocie na pustej prerii i dodatkowo na naszej kuchence ugotowaliśmy sobie makaron z pesto i  bazylią.

Francja okazała się nam bardzo gościnna, piękna szczególnie przez etap bezpośrednio przy wybrzeżu, ale mocno śpieszyliśmy do przedostatniego kraju naszej wyprawy i robiąc 203 km na jednym jogurcie i trzech kanapkach, dotarliśmy do Hiszpanii i miasta Salt przy Gironie.

W Salt czekał na nas weteran podróży rowerowych, który rozbił nam namiot Tipi i po gościnnym wieczorze przy Katalońskich specjałach z owocami morza, poszliśmy spać. Od razu byłem rozradowany byciem w Hiszpanii i obcowaniem w tej kulturze, a następnymi miejscami noclegowymi były min. : Lloret de Mar, Viladecans, Maspujols, Roquetes, Esivella.

Coś o czym warto wspomnieć to kryzysy formy na trasie… Pierwszy pojawił się tuż ze zjechania z wybrzeża na parki narodowe we Francji i radość z wjechania do Hiszpanii trochę go zażegnała, to pierwszy  raz w sakwiarskiej karierze przegrałem wyścig (i to z kobietą) na pierwszej z siedmiu gór etapu prowadzącego min. przez malownicze serpentyny na trasie Platja d’Aro – Tossa de Mar.

Nogi nie podawały żadnemu z nas i skończyliśmy etap w słynnym Lloret de Mar, śpiąc za darmo w kościele wśród drogich hoteli. Tak chcieliśmy wypocząć przed trasą na Barcelonę i noclegiem tam…

Nadszedł poranek… Gorący poranek,  gdzie z wielkim nastawieniem ruszamy mając tylko 60km do słynnej Barcelony. Trasa wybrzeżem wśród palm, ogromnych kaktusów i opuncji była cudowna, to wjazd do Barcelony był mocnym zawiedzeniem i ciężko będzie zgadnąć co o niej powiem… A więc jest to trzecie z czterech miast, na których się zawiodłem, gdyż nic pięknego tam nie znalazłem, ale wszystko wyjaśnię na końcu…
Wjechaliśmy do Barcelony, objechaliśmy wielki kawał miasta między milionem turystów i żaden kościół nie chciał nas przyjąć, więc wyjechaliśmy z niej i na długim odcinku wciąż nikt się nami nie zainteresował. Najgorsza sytuacja była, gdy odmówił nam siedemnasty ksiądz i zrobił duży krok w celu ominięcia mnie siedzącego na schodach do jego plebanii, bez słowa…

Dzień zakończył się po północy na suchej czerwonej ziemi, wśród jakichś suchych kłujących kulek, gdzie doprowadziła nas policja, pomagając nam wybrnąć z tej sytuacji.

 

Następne dni były już pozytywne, gdyż po opuszczeniu Barcelony przeczekaliśmy małą mżawkę pod rezydencją Leo Messi i ponownie jadąc wśród palm i opuncji dostaliśmy nocleg u fanatyka podróży rowerowych na terenie willi z basenem, z której było widać wcześniej odwiedzone miasto Tarragona, a następnego dnia dostaliśmy nocleg u listonosza, ale i zapalonego kolarza.

Nadchodzi dzień trzydziesty drugi, z czego tylko jeden dzień pod Alpami był wolny od jazdy. Długie polowanie na odpoczynek zakończyło małżeństwo sprzed Walencji, którzy zgodzili się przyjąć nas na dwie noce. Robiąc ponad 200km wśród ciągnących się hiszpańskich plaż, dojeżdżamy na miejsce i tam czeka nas willa, nawet z oddzielnymi łazienkami.

Pobyt w Estivella trzeba opisać, gdyż był to najlepszy aktywny odpoczynek, jaki można sobie wyobrazić. Najpierw była kolacja na balkonie, zupełnie w hiszpańskim klimacie, począwszy od potraw i trunków, kończąc na muzyce klasycznej.

Poranek był mocnym zaskoczeniem, ponieważ pobudka o 8 godzinie człowieka, który rano ma spuchniętą twarz, obolałe mięśnie i przed jedną, albo dwóch espresso ma ból głowy, a do tego położył się z nastawieniem spania przez 18 godzin, jest mocnym nietaktem.

Ale wracając do tego aktywnego odpoczynku… Po pobudce było jeszcze coś gorszego, gdyż na śniadanie trzeba było zrobić 20km trasę, która na prawdę była męcząca, a wszystko przez to, że wieczorem nie zakodowałem sobie kolejnego dnia trasy. Po przejechaniu połowy trasy z rodziną, która nas gościła, zjedliśmy śniadanie w barze, gdzie siedziało na oko z 20 kolarzy i zrobiło to tak samo jak my… Po powrocie do domu pojechaliśmy jeszcze do Walencji i ta trasa poszła nam na prawdę dobrze… A to dlatego, że nasz host zabrał nas na wycieczkę pięknym Mercedesem i nie dość, że przejechaliśmy całą Walencję, to obeszliśmy najciekawsze miejsca w mieście, kończąc wyprawę obiadem i deserem w restauracji. Potem była już tylko kolacja znowu w cudownym klimacie i krótka noc przed wyjazdem w dalsze nieznane.

Ruszyliśmy zahaczając o przepiękne plaże Walencji, kończąc w budce szkoły windsurfingu na plaży w Gandia.
Ta noc była wyjątkowa, gdyż wysprzątaliśmy sobie budkę, wzięliśmy kąpiel na plaży gdy już była pusta, ugotowaliśmy makaron z pesto, zrobiliśmy kawę i mogliśmy podziwiać morze i otaczające nas skaliste wysokie góry, z których w nocy wiało zimne powietrze. Następnego dnia zarezerwowaliśmy bilety na samolot za niższą kwotę, kalkulując i ryzykując.

Następnymi miejscowościami noclegowymi były min. : Benidorm, Elche, Eremitorio de La Luz, Penas Blancas, Garrucha.

Przepiękny półwysep nad morzem, z wysokimi budowlami mocno mnie oczarował, lecz w takiej turystyce ponownie zderzyliśmy się z problemami, kończąc etap na parkingu wśród rozświeconych wieżowców.
Opuszczając masyw wieżowców i zostawiając je z tyłu, teren coraz bardziej przypominał dziki zachód. Atrapy hiszpańskich byków, żółte górzyste stepy ciągnęły się i bardziej rozprzestrzeniały, aż w końcu wjechaliśmy       w oficjalne odniesienie dla tego terenu – Andaluzja.

W trakcie przeprawy na Andaluzję spaliśmy u starszego małżeństwa na tarasie, w okolicy i przy nieruchomości, która mnie oczarowała. Był to malutki domek postawiony przy drodze, obok niego palma, migdały i drzewka z niedojrzałymi jeszcze cytrusami – te ciągną się wszędzie. Od tego miejsca było tylko dziesięć kilometrów nad morze, a my w takim cudownym, sprażonym słońcem, miejscu spaliśmy bezpiecznie pod gołym niebem. Czy można sobie wyobrazić lepszy wypoczynek ?

Pierwszy nocleg w Andaluzji przypadł w Garrucha, lecz przeprawa nie była prosta, gdyż musieliśmy przejechać przez prawdziwie pustynny teren, gdzie w oddali nakładały się na siebie brązowe góry, które oczywiście musieliśmy przejechać, by dostać się na wybrzeże.

Usmażeni przez temperatury sięgające 50 stopni, przemierzaliśmy dalej pustynną Hiszpanię,                         śpiąc min. w: Almeria, Castell de Ferro, Benajarafe, San Pedro Alcantara, Campamento.

Trasa do Malagi, czyli do miasteczka noclegowego Benajarafe była zaskakująca… Była zaskakująco pusta – to się pogłębiało.

Najpierw przeprawa na Almerię, gdzie przez ponad 120km były tylko szklarnie, góry i piekielne słońce, to wodę dawali nam ludzie, albo była ona w barach, które jako jedyne ze sklepów można było spotkać po drodze  ( jeśli trafił się sklep to w godzinach sjesty, więc tak jakby go nie było). Następnie przejazd pustą drogą, wśród skał na naszym, bądź ponad naszym poziomem i nocleg na plaży, gdzie hiszpanki śpiewały i tańczyły do ok. 2          w nocy – typowa godzina końca dnia w Hiszpanii. Wtedy szczerze podziękowałem księżom, którzy sprawili, że zostaliśmy zmuszeni spać na plaży. Niestety wydający się rajem, nocleg pod palmą na kawałku trawy to był podstęp, gdyż skąd piękna zielona trawa na tej sprażonej ziemi ? W nocy obudziły nas zimne zraszacze, które zmoczyły nas, rowery i sakwy. Wtedy też ujrzałem ochroniarza obiektów plażowych, co było kolejnym zdziwieniem.

Po drodze na Gibraltar, czyli do miasteczka noclegowego Campamento, spotkała nas bardzo śmieszna                i oczekiwana przeze mnie przygoda…

Najpierw dostaliśmy nocleg w Caritasie – teraz warto o czymś wspomnieć. Od kiedy teren jest bardziej pusty, dziki i mniej turystyczny, łatwiej jest znaleźć nocleg w kościele, a i tak lądowaliśmy co drugi dzień na plaży.     W dodatku, żeby nie było tak łatwo, aplikacja dla kolarzy miała przerwę techniczną trwającą około miesiąca, więc zostaliśmy bez wyjścia awaryjnego.

Tak więc w Caritasie wypiliśmy popularne hiszpańskie piwa – dotychczas częstowali nas droższymi trunkami,    a piwa trzeba spróbować. Jedliśmy też chipsy o smaku krewetek oraz następnego dnia wykorzystaliśmy zasadę „Masz łóżko to korzystaj” i ruszyliśmy „trochę później”. Zapomniałbym dodać, że wykorzystaliśmy tą zasadę, ponieważ dwukrotnie na trasie spaliśmy w hotelu i mimo tego ruszaliśmy bardzo wcześnie. W Austrii ksiądz mówiąc „Małe grosze, 70 euro za nocleg, czemu nie pójdziecie tam spać?”, po zrozumieniu naszej sytuacji, wraz z proboszczem kupili nam nocleg. Drugiego razu zakonnica z Meksyku wraz z paniami z kościoła złożyły się na hotel dla nas, w zamian za modlitwę w Fatimie.

Na Gibraltar dojechaliśmy, najadając się wcześniej porządną porcją jedzenia i szynki, żeby była moc podjechania Skały Gibraltarskiej w tak ogromnym słońcu – to styk z Afryką.

Poczekaliśmy przed szlabanem, na otwarcie drogi… Przed szlabanem, który grodzi pas startowy, czyli jedyną drogę wstępu na Gibraltar, której przejazd poprzedza start samolotu tuż przez człowiekiem. Na skale spotkaliśmy Polaków, którzy oddali nam swoje bilety na przejazd. Więc na skale, do której mam szacunek, gdyż musiałem zrzucić na średni blat z przodu korby, musieliśmy trochę się pomęczyć, by dotrzeć na oczekiwany szczyt, na którym ktoś na nas czekał… A czekały na nas małpy, które ostatecznie okradły nas           z bułek…

Oparłem rower o parkan, żeby zrobić sobie zdjęcie z małpą siedzącą na parkanie dalej, a inna zbiegła z drzewa, rzuciła się na paczkę bułek mocno przymocowaną do sakw, wyrwała ją i zjadła na naszych oczach pół paczki.
Z Gibraltaru trzeba było szybko uciekać, gdyż małpy obeszły mnie z każdej strony, a kamery i innych rzeczy nie chciałem już tracić. Gdy minąłem znak „Uwaga, węże”, już tego nie zbagatelizowałem tak jak „Uwaga, małpy”.
W ten sposób małpy zagwarantowały nam dobre wspomnienia i zrekompensowały mgłę, która uniemożliwiła ujrzenie brzegu Afryki, na co się nastawiałem, a niestety się nie spełniło.

Następnie były już ostatnie miejscowości noclegowe w pięknej Hiszpanii, tj: El Cuervo de Sevilla, Palos de La Frontera, Ayamonete.

Teren z trochę cywilizowanego zrobił się znowu pusty, za sprawą trasy na Sevillę, przez park narodowy. Był to przepiękny krajobraz, gdzie towarzyszyły nam wielkie byki, śnieżno białe ptaki i bociany… Zawsze zazdrościłem bocianom tych ciepłych krajów, aż w końcu powędrowałem tam, rowerem… Sevilla to duże          i  w miarę puste miasto, podobnie do Malagi i Murcji, lecz jej architektura jest trochę inna. Miasto jak to miasto, pewnie w starszym wieku miałbym ochotę zajrzeć do muzeów i rozwodzić się nad architekturą, to teraz wolę podziwiać zmysłami, przeżywając.

Temperatura w rejonie Sevilla przed południem sięgała 44 stopnie, w południe zegary wskazały 50 stopni, nogi na podjazdach były bez sił, organizm domagał się zimnej wody – nie tej z sakwy, gotowej do zaparzenia herbaty, ale takiej z lodówki. Dodatkowo oddech zrobił się płytki. Uczucie promieni słonecznych na skórze można porównać do przystawienia głowy, ręki do otwartego rozgrzanego piekarnika.

Robiąc ponad 200km, przejeżdżając jednego dnia park narodowy, zwiedzając Sevillę, dojeżdżając do Palos de La Frontera, kończymy etap u czekającego na nas księdza – kolegi księdza z Elche.

Po nocnej gościnie, słuchając opowieści księdza z młodzieńczych wojaży w Amazonii, kończymy etap                w warunkach hotelowych przygotowanych specjalnie dla nas, startujemy rano, zwiedzamy miejsce, z którego ruszył Krzysztof Kolumb i dojeżdżamy pod granicę z Portugalią. Śpimy w Ayamonte i widzimy Portugalię, którą od Hiszpanii oddziela rzeka.

Tak skończył się nam niezapomniany równy miesiąc w Hiszpanii i nastał czas na ostatni kraj naszej wyprawy – Portugalię, w której spaliśmy min. w: Portimao, Cruzamento de Almograve, Almada, Colares, Amoreira.

Wjazd do Portugalii wydawałby się mocnym kopem energetycznym, gdyż świadomość ostatniego kraju, przejechania nad wybrzeże Oceanu i jazda tylko w górę mapy, przyprawiała uczucie podobne do tego na finishu podczas zawodów… Jednak był to mocny kop, ale taki, który wszystkie pokłady energii odebrał…

Najpierw uradowany „tanią” Portugalią poszedłem do sklepu na zakupy i zapłaciłem więcej niż na lazurowym wybrzeżu, to na wąskich dziurawych drogach czasem strąbili nas kierowcy, a zjazd na zachodnie wybrzeże Portugalii, czyli nad Ocean Atlantycki, był wielkim zawiedzeniem. Ale po kolei…

Rankiem przeprawiliśmy się do Portugalii  – czternastego kraju, który przejechaliśmy na rowerze, zaraz po Polsce, Czechach, Austrii, Słowacji, Węgrzech, Chorwacji, Słowenii, Włoszech, San Marino, Watykanie, Francji, Monaco i Hiszpanii. Piękne hiszpańskie słońce przemieniło się w szare smutne niebo.

Przejazd przez południowe wybrzeże Portugalii był mocnym zaskoczeniem ze względu na ceny, gdyż krąży opinia o taniości tego kraju, to te rejony okazały się strasznie drogie. Jadąc przez często dziurawe i wąskie drogi, dojeżdżamy do pierwszego miasta noclegowego, gdzie ksiądz bardzo gościnnie oferuje nam warunki hotelowe, w zamian za rozmowę do 1 w nocy.

Następnego dnia wjechaliśmy już na wspomniane wcześniej zachodnie wybrzeże i Ocean Atlantycki sprawił, że pierwszy raz po Alpach zakładam bluzę i czapkę i mocno się wychładzam. Krążą w głowie myśli, czy to przejściowe załamanie pogody, czy może Portugalia jest na prawdę taka zimna… Kończąc etap na cmentarzu przy drodze i lesie, wiem już, że Portugalia to nie zimny, a strasznie zimy kraj. W nocy z Oceanu na prawdę wieje mroźne powietrze, ale my mogliśmy w końcu rozbić namiot, ponieważ w Portugalii można legalnie go rozbić pięć kilometrów od zabudowań – dotychczas spaliśmy na płachcie pod gołym niebem. Muszę jednak wspomnieć, że ciągnący Ocean również był piękny, lecz nawet gdy włączam zdjęcia, czuję te zimno i nieprzyjemne uczucie.

Wjeżdżamy do Lizbony, obserwujemy samoloty, które nad nami latają i mamy świadomość, że już niedługo to my tak będziemy lecieć. Mamy również świadomość, że termin powrotu przekalkulowaliśmy odpowiednio,      a dodatkowo nasze tempo było już zaskakująco szybkie, lecz to nie nogi, a siła woli jechała dalej… Na każdym przystanku usypiałem, dwadzieścia kilometrów po śniadaniu i starcie byłem znowu wykończony i bez sił, jednak odpoczynek należy się po wykonaniu zadania, a my się nie poddajemy.

Tak więc odbijając z Lizbony na jeden z naszych celów podróży – Cabo da Roca, pogoda pogarsza się. Na Cabo da Roca wjeżdżamy, ekstremalnie zatracając widoczność na serpentynach i coraz bardziej się wychładzając. Docieramy tam i towarzyszy nam uczucie nie do opisania. Wysoko na zamglonej górze, mała widoczność, pomnik oznaczający najbardziej wysunięty punkt Europy od strony zachodniej i dalej już tylko ciągnący się Ocean…

Zadanie wykonałem idealnie, dojeżdżając w miejsce, z którego dalej się już pojechać nie da… W ten sposób potwierdziłem zakończenie mojej „kariery” rowerowej i patrzyłem w ciągnący się Ocean, ze świadomością, że po drugiej stronie jest już Ameryka… Wymarzone Stany Zjednoczone, na które ta pielgrzymka umocniła nadzieje na kolejny krok właśnie tam.

Na Cabo da Roca zaczął padać zimny deszcz, a to nie nastrajało dobrze przed zjazdem bez jednej szprychy       w tylnym kole i skończonych klockach hamulcowych… Mieliśmy jednak wiele szczęścia, gdyż ksiądz               z noclegu spod Lizbony zadzwonił, że ma dla nas darmowy nocleg w hotelu chwilkę za Cabo Da Roca, gdzie od razu pojechaliśmy.

Następnego dnia mieliśmy dotrzeć do Fatimy, lecz z jednego dnia zrobiły się dwa, gdyż ktoś nam doradził, by jechać pięknym wybrzeżem i dopiero potem odbić na Fatimę, przebijając się przez górę… Bez długiego namysłu, wprowadziliśmy ten plan w życie i nasza trasa wydłużyła się dwukrotnie, mroźny wiatr ciągle wiał, sprawiając odczucie w uszach odpowiadające zjazdowi 80km/h, a do tego góry, góry i jeszcze raz góry…

Szczęśliwie ostatniego dnia skróciliśmy sobie trasę i przejeżdżając przez miasto Óbidos dotarliśmy do celu. Óbidos to miasto średniowieczne, do tego połączenie portugalskiego klimatu, daje odczucia tzw. jesieni średniowiecza.

Także mamy 31 sierpnia, czyli 53 dzień naszej wyprawy i podjeżdżając ostatnią górę, szczęśliwie w słońcu, dotarliśmy do celu ! Od teraz nasz cel Fatima nie jest już oddalony o ani jeden kilometr, a my musieliśmy pokonać aż 5875km w ogromnym trudzie.

Fatima okazała się dla nas bardzo przychylna, gdyż Pan od darmowego domu pielgrzyma widząc prawie 6000km na rowerze dał nam maksymalny czas, jaki możemy zostać, czyli trzy dni. Czas w pięknym                   i spokojnym miasteczku spędziliśmy aktywnie, biorąc udział w wszelkich polskich mszach i wydarzeniach, które się tam odbywają.

Fatima jest bardzo małym i spokojnym miasteczkiem. Coś zupełnie odwrotnego niż Rzym. Mimo, że wakacje to okres objawień, było mało ludzi, więc jest to miejsce, gdzie można skorzystać i przeżyć odpowiednio ten czas. Dodatkowo wstęp wszędzie jest zupełnie za darmo, a jedzenie i hotele bardzo tanie.

Po zrealizowaniu pielgrzymki, spaliśmy jeszcze w takich miejscowościach jak: Cartaxo, Portela. Trudności zaczęły przemijać, gdyż dwudniowy spokojny powrót do Lizbony, zaoferował nam super warunki noclegowe   z kuchnią do użytku, słoneczną, ale wciąż wietrzną, pogodę. Ostatnie dwa spędziliśmy na poszukiwaniu kartonów na rowery, spacer z nimi przez miasto na lotnisko i ponad 24 godzinny nocleg, który wcale nie był dla mnie problemem – w razie potrzeby musieli mnie budzić, więc sen miałem dobry.

Coś o czym zapomniałem wspomnieć, a może zainteresować to jakie jest te czwarte miasto, na którym się zawiodłem… Oczywiście jest to Lizbona, ale nie jestem pewny czy tylko zapomniałem o niej wspomnieć,       czy chciałem przekazać, że cała Portugalia z Lizboną na czele liczy się do tego zbioru. Wracając też do pięknej Hiszpanii i mniej pięknej Barcelony… Nie spodobała mi się, z prostego powodu – byłem wcześniej w tak wielu miastach, miasteczkach i wioskach i z tak ogromną częstotliwością, że człowiek staje się wymagający. Wolałbym, żeby nikt nie sugerował się moimi opiniami, ponieważ to osobista, już niestety spowodowana wymaganiami, opinia z perspektywy roweru. Ponadto widzieliśmy puste miejsca, których zobaczenie umożliwiają tylko wyprawy, a nie spanie w kurortach.

Z liczb… 53 dni (w tym 2 dni wolne) i 5875km do celu, zatem 59 dnia wylotu do Polski, na liczniku widniało 6035km.

Coś na koniec… Nazwę tą relację bardzo skrótową i jest mi bardzo miło, jeśli doszedłeś/aś do końca. Moje nastawienie przed wyprawą było pozytywne, nie miałem strachu, nie myślałem też do przodu o czekających na mnie dwóch miesiącach pełnych trudności. Najważniejsza w zdobywaniu takich celów jest psychika, należy cieszyć się każdym małym sukcesem i mieć jasno określony cel i plan, bez żadnych skrótów. Ciężko odpowiada mi się na pytanie, co czułem gdy dojechałem do celu… Wtedy jestem w ciągu codziennych sukcesów, a niedowierzać zaczynam dopiero po wypoczęciu w domu odlegle na mapie. Nie miałem strachu, ponieważ tą wyprawę miałem zakodowaną w psychice i nie żyłbym w pełni, gdybym nie „odhaczył” tego z mojego życia. Teraz kodują mi się kolejne cele – już nie tak długie, bo nie jestem już nastolatkiem, ale chciałbym jeszcze zaskoczyć.

Mógłbym napisać tu wypracowanie na kolejnych 10 stron, więc lepiej podziękuję Dawidowi Romanowskiemu za wspólnie przejechany wielki kawał Europy podczas dwóch wypraw i moc przygód na całe życie. Również mojej rodzinie za całą pomoc i możliwości wykorzystania wypracowanych fundamentów do osiągnięcia obu celów. Dziękuję za wsparcie sponsorom tj. : Lider Winnica, Fitness Club „Palladium” w Pułtusku, „Świat Solny” w Tychach oraz za wsparcie merytoryczne księdzu proboszczowi Zbigniewowi Pawłowi Maciejewskiemu z Parafii Winnica i Centrum Wolontariatu w Katowicach.

Czasem ogarnia Cię stagnacja, ale nie możesz na tym poprzestać, musisz ją przezwyciężyć.
Jeśli to Cię zabije, to Cię zabije, ale człowiek musi nieustannie pokonywać siebie”.

                                                                                                                                             Bruce Lee.

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do mojego sukcesu, zainspirowali się nim, bądź wspierali duchowo na trasie.

Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć – kliknij.

Paweł Górski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *