Przedstawiamy relację naszych zawodników z  Vilnius Marathon 2017. Jacek i Daniel zmierzyli się z królewskim dystansem maratonu, Kamil i Marcin z półmaratonem, a Artur dzielnie wspierał chłopaków na trasie. Poniżej relacje maratończyków:

Relacja Daniela:

„Zacznę tym razem od końca. Nie ważne jak poszło, co się działo, pomimo wszystko maraton to jedne z największych wydarzeń w moim życiu. Jak bardzo człowiek się wtedy poznaje, jak bardzo jest w stanie odsunąć „granice komfortu” może dowiedzieć się tylko podczas takiego biegu. Polecam każdemu, kto chce sobie udowodnić, że wszystko można.

Okres przygotowania do maratonu nie przepracowałem podręcznikowo, wielu treningów nie udało mi się zrobić z różnych przyczyn. Pomimo to czas ten był bardzo wyczerpujący psychicznie, ciągłe myślenie o czekającym treningu, ciągłe myślenie o tym co jem – presja przytłaczała. Jednak bardzo przez ten czas rozwinąłem się jako biegacz i wiele nauczyłem.

Przenieśmy się za wschodnią granicę, gdzie Liderowa Ekipa dotarła w sobotę. Dzień startowy to już straszna nerwówka, choć wszystko szło po myśli. Na starcie czułem się dobrze, idealnie dogrzany i w odpowiedniej porze. Ruszyliśmy przy „Eye of the tiger”, ciarki na plecach i wielka euforia w głowie, że to w końcu ten moment. O samym biegu ciężko mi pisać. Pierwsze okrążenie uważałem, że będzie to profesorska zagrywka. Żołądek pracował świetnie, podbiegi wchodziły mi miękko, oddech cały czas spokojny. Natomiast maraton rządzi się własnymi prawami, jest to ponad 3 h ciągłego wysiłku. Wszystko odwróciło się na 32 kilometrze, gdy w momencie zbiegu, gdy starałem się rozluźnić i uspokoić, złapał mnie skurcz w łydkę.  Przebiegłem jeszcze ponad 2 km tempem bliskim do zakładanego i nogi mi zabetonowało. Na 35 kilometrze szukałem pomocy medycznej, żeby podnieśli mi nogi i pozwolili je trochę rozluźnić. Wtedy usłyszałem „Dawaj Daniel”, kilkadziesiąt metrów przede mną Marcin i Artur. Dobiegłem do nich, pomogli mi rozluźnić mięśnie i od tej pory Artur towarzyszył mi w ostatnich 7 kilometrach do mety. Była to wielka walka z mięśniami, skurcze miałem już w obu nogach. W momentach, gdy nie mogłem już biec, kładłem się na plecy, a Artur podnosił mi nogi, co dawało ulgę na jakiś czas. Najkrytyczniejsze chwile przyszły na kilkaset metrów od mety. Wtedy nie pomagało już nic. Linię mety przekroczyłem na prostych nogach z wykrzywioną twarzą, a obie łydki zaciśnięte. Obsługa zamiast gratulować od razu zaciągnęła mnie na kozetkę w namiocie medycznym. Tam dopiero udało mi się pozbyć skurczów z łydek i dumnie poszedłem po medal. Po przekroczeniu mety nie czułem zawodu, że czas słaby, również nie czułem radości z zostania maratończykiem. Dopiero po prysznicu, dwóch piwach i pizzy z moimi ludźmi dotarła do mnie satysfakcja. Nie z przebiegnięcia maratonu, ale z tego przeżycia i wartości jakie maraton niesie.

Chciałbym podziękować w tej relacji mojej dziewczynie Izie, że potrafiła zrozumieć, że bieganie wymaga wyrzeczeń i poświęceń, które odbijają się nie tylko na trenującym. Jackowi za to, że pokazuje mi cały czas ile wartości niesie ze sobą bieganie. Marcinowi, że jest wielkim przykładem sumienności i tego, że nie można czegoś trochę chcieć. Albo się do czegoś dąży, albo pakuje kredki i idzie grać w bierki. Arturowi za to, że dzięki niemu zobaczyłem metę w Wilnie i za wszystkie wspólne treningi. Razem zaczęliśmy i razem trwamy w tej pasji. Najbliższym, że docenili mój trud i zrozumieli jak ważne jest to dla mnie.

Trzeba się cieszyć z tego co mamy i pracować dalej na to o czym marzymy!”

Relacja Jacka:

Wilno Maraton 2017. Zacznijmy od pozytywnych rzeczy. Ten wyjazd to była świetna przygoda w gronie kolegów z Lidera Winnica. Od czasu do czasu, taki męski wypad jest wskazany żeby zresetować się trochę od życia codziennego. Zawsze przeżywa się ciekawe akcje, jest wesoło i wspomnienia, które przywozi się z takich wypadów zapadają chyba na zawsze w pamięci.

Z Chłopakami wyjechaliśmy w sobotę wczesnym rankiem i na miejscu byliśmy koło 12. Krótki dystans od domu, raptem ok. 400 km więc na pełnym luzie. Sobotę spędziliśmy na pełnym chillu – zwiedzanie pięknego Wilna, pasta party i ogólnie pełny luz. Wieczorem w Hostelu mnie i Daniela zaczął łapać przedstartowy stres. O ile dla mnie było to 8 maraton, więc jakoś sobie z tym radziłem.   Daniel miał gorszy orzech do zgryzienia, bo debiut w Maratonie ma się tylko raz i pamięta się go do końca życia. Tak czy siak wszystko pod maraton przygotowaliśmy w sobotę wieczorem i spokojnie poszliśmy spać. Obudziłem się chwilę po 6 (start był 9), zjedliśmy książkowe śniadania, napiliśmy się kawy i oczywiście ze stresu wielokrotnie odwiedzaliśmy WC. Byliśmy gotowi, ja zmotywowany by w końcu złamać te 3h, Daniel z w głowie miał wynik 3:30. Wracając do sobotniego chillu na mieście, spotkaliśmy tam Ziomala z Ciechanowa, który kilka dni już nocował w Wilnie. Nastraszył nas, że strasznie pofałdowany teren, górką za górką i nie ma co się nastawiać na życiówki. Nie uwierzyliśmy mu, mówię co on tam gada damy rade.

Zrobiliśmy rozgrzewkę całą ekipą Lisów (swoją drogą fajnie to wygląda czarne koszule z żółtym lisem robiły na ludziach wrażenie) na koniec bardzo głośny okrzyk, piony na powodzenie i ruszamy. Bach strzał i lecimy. Opaska z międzyczasami na ręce i biegniemy początek 4:20, według planu. Idzie dosyć gładko, ale od razu daje się zauważyć że te górki to nie był wymysł. Jedna druga trzeci qrde przerąbane. Trasa maratonu składała się z dwóch pętli. Pierwszą połowę według planu kończę z czasem 1:31 z lekką, zaplanowaną stratą. Dobrze, że zrobiłem sobie opaskę i sprawdzam miedzy czasy ze słupków trasy bo garmin oszalał i cały czas dodaje dystansu. Ostatnie 4-5km pętli daje w kość, bo to kręta trasa po bruku z kolejnymi wymęczającymi podbiegami. No nic sobie myślę, jakoś dam radę i wciskam gaz. Na 23 km poczułem niestety, że tempo zaczyna spadać, a ja już nie mam sił przyspieszać. Pociągnąłem tak próbując ratować tempo do 27 km i niestety musiałem uznać wyższość tej wymagającej trasy. Od tego czasu było już tylko gorzej i gorzej. 15 km męczarni, zmagania się z narastającym zmęczeniem. Nie pomógł wspaniały doping kibiców jaki zgotowali biegaczom. Męczyłem się tak męczyłem, stając na wodopojach i łapiąc siłę. Na 36-37 km spotkałem moich Ziomali Banana i Artura. Chłopaki nasłuchali się ode mnie jopania na tą moją sytuację. Machnąłem ręką i walczyłem o ukończenie. Jak wspomniałem ostatnie 5 km było bardzo wymęczające a w tym stanie w którym byłem bolało jeszcze bardziej. Jak się cieszyłem widząc na 42 km Wóczykija, który już tylko klaskał ze zdumienia, że w ogóle dotarłem. Ostanie 200m to jednak jak zwykle radość na mojej twarzy, bo ukończenie każdego maratonu to błogosławieństwo od Boga, więc cieszyłem się jak za każdym razem. Po przekroczeniu mety opanowało mnie mega zmęczenie i lekka odcinka świadomości. Pytanie wręczającego mi medal „You need a doktor?” mówiło samo za siebie jak wyglądałem. Kiwnąłem do niego, że spoko poradzę sobie i przybiłem pione Włóczykijowi, który asekurował mnie, aż do depozytu. Reszta dnia to już wspaniałe chwile z Lisami z Lidera. Brawo dla Daniela, jedenastego Liderowskiego Maratończyka, ciężka trasa sprawiła, że on na pewno nie zapomni tego debiutu. Dzięki wielkie dla Lisów za wspólny wypad, szczególnie dla Artura, który pojechał z nami, a nie biegł tylko pomagał nam jako kierowca, support techniczny na biegu, najlepszy Kibic i wiele innych. Chłopaki dzięki. Wielkie dzięki, również dla Kamili Pobłockiej-Dobrowolskiej z runEmilrun za bardzo rozsądny trening i cenne rady trenerskie. Krótki okres współpracy sprawił, że znów zbliżyłem się do formy z 2015 roku, teraz wspólnie z Kamilą podbijamy formę i z następnego maratonu będziemy wracali już pełni szczęścia.

Wnioski Bry Brego: nie sprawdziliśmy dokładnie trasy wybierając ten maraton i zapłaciłem za to srogo. 2017 do porażki w startach Maratońskich. Ale jeśli ktoś myśli, że Bry Bry da sobie spokój i zajmie się czymś normalnym jest w błędzie. Mam w sobie jeszcze większą złość sportową, a mój charakter nie pozwala mi na to żęby odpuścić. Tym razem byłem na prawdę dobrze przygotowany, ale jak widać na sukces w maratonie składa się dużo czynników. Jestem cierpliwy, zakasam rękawy i walczę, bo jak powiedział św. Augustyn „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.

 

Galeria – kliknij aby obejrzeć na FB

Oficjalne wyniki – kliknij aby obejrzeć

Rezultaty naszych zawodników:

Jacek Bryśkiewicz – maraton 3:12:34

Daniel Sikorski – maraton 3:45:29

Marcin Banaszkiewicz – półmaraton 1:36:21

Kamil Chojnacki – półmaraton 2:20:02

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *